Ochrona przyrody - Kolejny wyciek oleju na Wiśle, ornitolodzy proszeni o pomoc!
xhardcorex - 2007-12-30, 13:40
| Mirek napisał/a: | Właśnie oglądam relację o wycieku w TVN24 - ani słowa o organizacjach i wolontariuszach , tylko o strażakach! | Dobrze bo nie ma lansu
wieslawbaginski - 2007-12-31, 23:31
29.12.07r. na ok. 3 - kilometrowym odcinku Wisły w dół rzeki od Solca
Kuj. widzieliśmy:
krzyżówka- 320
świstun-9
nurogęś -21
gągoł -2 m
czernica-1
łyska-1
łabędź niemy -90(71 ad, 19 juv)
czapla siwa- 2
kormoran-22
zimorodek-2
mewa pospolita-10
mewy "duże"- ok.150
pustułka-1
czeczotka- 3- krotnie głosy lecących
naprzeciw Solca nad Wisła czuć było benzynę
plam oleju na rzece ani przy brzegu nie zauważyliśmy, ptaków zaolejonych
ani martwych nie dostrzegliśmy.
Odwiedziliśmy również leżące w sąsiedztwie Wisły stawy rybne w
Makowiskach,
niestety nawet te nieliczne nie spuszczone były zamarznięte, widziliśmy
na nich:
łyska-5
czapla siwa-9
krzyżówka-1
siwerniak-1
Wspólobserwatorzy: Justyna Rumińska, Tomek Maciąg,Dawid Kilon, Mateusz i
Robert Błajda
wieslawbaginski - 2008-01-05, 00:58
Nowy artykuł z "Expressu Bydgoskiego"
| Cytat: |
Oby nas czegoś nauczyła awaria rurociągu „Przyjaźń”
Jacek Kiełpiński, Adam Luks, Piątek, 4 Stycznia 2008
Gdyby ta rura pękła wiosną, głośno zrobiłoby się o katastrofie ekologicznej na ogromną skalę. Zimą łatwiej sprawę wyciszyć. Ale problem jest. Pod Wisłą przechodzi setki rur, a rzeka rzeźbiąc dno przypomina, że żyje i jest groźna.
Grupa ekologów z WWF przez kilka dni zbierała ropę w zastoiskach. Trudno odmówić im zapału i determinacji, ale tego typu działania powinny być podjęte po katastrofie na znacznie szerszą skalę. / Fot. Adam Luks
688 kilometr 780 metr Wisły. W tym miejscu kilkadziesiąt lat temu w wykopie na dnie rzeki położono nitkę główną rurociągu paliwowego „Przyjaźń”. 10 grudnia rura o średnicy 324 milimetrów przypomniała o swoim istnieniu. Puściła. I okazało się, że Polska jest w obliczu takiej awarii kompletnie bezradna.
Do największych miast regionu plama oleju dotarła znacznie rozcieńczona. Tylko mieszkańcy Nieszawy w pełni odczuli powagę sytuacji. Smród. Z tym po pierwsze kojarzy im się grudniowa awaria. - Cuchnęło tak, jakby wybuchła stacja benzynowa - wspomina Piotr Wiśniewski, inspektor ds. zarządzania kryzysowego Urzędu Miasta Nieszawy, który jako pierwszy powiadomił straż pożarną o wielkiej plamie niesionej przez nurt Wisły przy lewym jej brzegu, na którym położone jest miasteczko. - Po kilku minutach obserwowania tej substancji zaczynały łzawić oczy. Drapało w gardle. Odniosłem jednak wrażenie, że strażacy nie wierzą do końca w to, co krzyczę do słuchawki. Próbowali sugerować, że może ktoś umył w rzece beczkę po ropie...
Walka z wiatrakami
Bo też nigdy wcześniej nie zanotowano pęknięcia rurociągu na dnie Wisły. Może dlatego już pierwsza faza akcji ratunkowej, czyli tak zwana próba zatrzymania plamy na wysokości Torunia, ujawniła bezradność służb ratunkowych. Widz wiadomości telewizyjnych mógł odnieść wrażenie, że w okolicach mostu kolejowego w Toruniu prowadzona jest profesjonalna, a więc w pełni skuteczna akcja ratunkowa - siły strażackie z połowy Polski przegrodziły rzekę zaporą sorpcyjną i zagrożenie zostało zażegnane.
Reklama
Tymczasem sami ratownicy przyznawali, że traktują swoje działania raczej jak ćwiczenia w terenie niż akcję przez duże „A”. Wystawiona zapora przegrodziła zaledwie kilkadziesiąt metrów rzeki w miejscu, gdzie ma ona około 400 metrów szerokości. Taka zabawa nie mogła odnieść żadnego skutku. Kolejne zapory, ustawione później na wysokości Fordonu, nie były wiele lepsze. Cała operacja przypominała walkę z wiatrakami. Strażacy przyznawali po cichu, że nie mają sił i sprzętu, który umożliwiałby skuteczną akcję tego typu na rzece wielkości Wisły, ale w świetle jupiterów coś robić muszą, bo, jak usłyszeliśmy: „za bezczynność społeczeństwo wieszałoby na nas psy”.
Zły i dobry sorbent
Druga faza akcji okazała się jeszcze bardziej wątpliwa. Z 90 czy też 40 ton paliwa (właściciel rurociągu podawał co rusz odmienne informacje), które trafiło do Wisły, ogromna część nie spłynęła do Bałtyku. Osiadła w licznych zatoczkach i cofkach między ostrogami. Pozostało wyłapać i zneutralizować tę ciecz. Na specjalnym posiedzeniu z udziałem wojewody kujawsko-pomorskiego postanowiono użyć sorbentu, który miał związać olej.
Akcja ratunkowa po wycieku ropy do Wisły zakończyła się całkowitym fiaskiem. Zapory sorpcyjne rozciągane na rzece zatrzymały znikomą ilość oleju.
- Widzicie to czarne świństwo na brzegu i na dnie? To właśnie sorbent, którego użyto. Szkopuł w tym, że ten akurat granulat po związaniu oleju opada na dno - mówi Grażyna Graś z jednego z ekologicznych stowarzyszeń. - My przywieźliśmy inny biały, polipropylenowy sorbent. Nasyca się olejem i nadal pływa po powierzchni. Wystarczy go potem zebrać. Naszym zdaniem, popełniono tu kardynalny błąd. Zamaskowano olej, zatapiając go.
Na hasło: „zły sorbent” - Lech Kubera, zastępca dyrektora Wydziału Zarządzania Kryzysowego Urzędu Wojewódzkiego w Bydgoszczy reaguje nerwowo. - Ja nie muszę się znać na tym granulacie! Ale jakby był zły, to Unia łeb by nam urwała! - rzuca. - Proszę nie słuchać ekologów. Oni są tu od robienia happeningów.
W Urzędzie Wojewódzkim tłumaczą mniej więcej zasadę działania zatapialnego granulatu: w pewnej temperaturze, w obecności pewnych bakterii, związany przez sorbent olej jest rozkładany i neutralizowany. I tu, nie tylko wśród ekologów, ale nawet strażaków rozsypujących granulat, pojawiają się wątpliwości. Po pierwsze, ta właściwa, ich zdaniem, temperatura, to plus 15 stopni, a mamy przecież zimę. Po drugie, użyty granulat kojarzy im się bardziej z neutralizowaniem odpadów wyłapanych i przetrzymywanych w specjalnych odstojnikach, a nie w rwącym nurcie rzeki!
Gdyby do awarii doszło latem, zanieczyszczenia mogłyby poważnie zagrozić życiu w Wiśle
- W Wiśle taki sorbent zalegający na dnie zamieni się w bombę ekologiczną, która przypomni o sobie latem - kwituje Grażyna Graś.
Garstka ekologów
W porównaniu z setkami strażaków, dziesiątkami wozów pożarniczych i tonami specjalistycznego sprzętu, garstka ekologów uzbrojonych w białe maty niezatapialnego sorbentu, wodery i plastikowe wiaderka wyglądała dość śmiesznie. Nie da się jednak ukryć, że półtora tygodnia po awarii to głównie oni wydobywali olej z zastoisk na rzece (zebrali ponad 2 tony zanieczyszczeń). Specjalistyczny sprzęt strażacki na niewiele się przydawał. A jak przyszło do demontażu zapór, to okazało się, że ratownikom zabrakło nawet plastikowych worków, w które mogliby nasączony olejem materiał spakować. Musieli pożyczyć je... od ekologów. Podobnie było z kaloszami. - Oczywiście, taka garstka ludzi to zbyt małe siły - przyznaje doktor Przemysław Nawrocki z ekologicznej organizacji WWF Polska. - Akcja tego typu powinna być prowadzona na znacznie szerszą skalę. Dziwię się, że oprócz organizacji pozarządowych nikt się tym nie zajmował.
Ekolodzy nie tylko zbierali ropę. Regularnie patrolowali również brzegi w poszukiwaniu martwych ptaków i ryb. - To, że ich na razie nie znajdujemy, nie oznacza braku zagrożenia - twierdzi Przemysław Nawrocki. - Często efekty skażenia pojawiają się po kilku tygodniach od wycieku. Myślę o zarazie oliwnej, która jest śmiertelnym zagrożeniem dla ptaków. Ich upierzenie skleja się, traci właściwości izolacyjne, co doprowadza do wychłodzenia. W dodatku ptaki, próbując czyścić pióra, połykają ropę i zwyczajnie się trują.
Plamy oleju cały czas zalegają w cofkach rzeki. Prąd wsteczny wolno wypłukuje śmierdzącą ciecz. / Fot. Adam Zakrzewski
Ekologów martwi szczególnie panująca powszechnie opinia, że nic tak właściwie się nie stało. Po prostu: trochę dodatkowego syfu wyciekło do i tak śmierdzącej rzeki. - To szczęście w nieszczęściu, że do skażenia doszło zimą, kiedy proces samooczyszczania rzeki jest spowolniony - mówi dr Andrzej Kentzer, kierownik Zakładu Hydrobiologii Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu. - Samooczyszczanie rzeki wiąże się z wykorzystaniem dużych ilości tlenu. Przy wysokich temperaturach, kiedy proces zachodzi szybko, w wodzie spadłaby gwałtownie zawartość tlenu, co z kolei zagroziłoby organizmom zamieszkującym rzekę.
A wbrew powszechnej opinii życie w Wiśle tętni. - Kilka lat temu szwajcarscy przyrodnicy przyjechali do Polski, aby pokazać swoim studentom kompletnie zdegradowaną rzekę - wspomina dr Kentzer. - Nie mogli uwierzyć we wskazania swojego sprzętu. Powtarzali analizy wielokrotnie. Następnego dnia wszyscy kąpaliśmy się w Wiśle.
Ile ropy jest w rzece?
Wyciek z rurociągu bez wątpienia udowodnił, że doposażenia wymagają polskie siły ratownicze. Skoro mamy Wisłę, która przecina cały kraj, a tylko na odcinku Włocławek-Bydgoszcz pod rzeką przechodzi ponad 200 rurociągów (w tym gazowy „Jamał” o średnicy 1,42 m) i różnych kabli, to musimy być lepiej przygotowani na podwodne awarie. To już wiemy. Ale poza tym wiadomo niewiele. Nie ma bowiem jasności co do tego, ile ropy ostatecznie wyciekło do rzeki. Nie wiadomo, czy zastosowany sorbent nie wywoła kolejnej katastrofy ekologicznej wiosną. Nie jest oczywiste, jakie ostatecznie koszty awarii poniesie przyroda. A przede wszystkim nie wiadomo nawet, ile było ostatecznie wycieków i gdzie dokładnie pękł rurociąg...
Co gorsza, okazuje się, że niezbyt precyzyjne jest rozporządzenie ministra gospodarki dotyczące badań technicznych i konserwacji rurociągów naftowych. Mówi o zasadach ogólnych - w przypadku rurociągu tego typu badanie techniczne wykonywać należy co 5 lat. Tak samo w ziemi, jak i w rwącym nurcie największej polskiej rzeki. Oczywiście dziś, gdy sprawę bada prokurator, Przedsiębiorstwo Eksploatacji Rurociągów Naftowych „Przyjaźń” zapewnia, że wszelkie badania przeprowadza systematycznie, bo, jak usłyszeliśmy, „jest bogatą firmą”. - Ostatni raz nurkowie dokonywali przeglądu rurociągu w 2005 r. - zapewnia Krzysztof Zalewski, rzecznik prasowy PERN. - Stosujemy też inne metody: radiograf, badania ciśnieniowe, a także inteligentne tłoki, których użyliśmy ostatni raz w 2001 r.
Zupełnie inaczej rozumie pojęcie „systematyczność” włocławski „Anwil”, który eksploatuje bliźniaczy rurociąg, tyle że z etylenem, położony raptem 50 metrów w górę rzeki. Przeglądy zleca specjalistycznej firmie nurkowej z Torunia aż 2 razy w roku, bo zdaje sobie sprawę, że z rzeką nie ma żartów. - Na dno schodzimy wiosną po przejściu lodów i jesienią po wodach niżówkach, które też powodują zwiększoną erozję dna - mówi Andrzej Denis z Zakładu Usług Podwodnych i Technicznych. - Rurociągi znajdują się w wykopie przykrytym matami faszynowo-kamiennymi. Na głębokości 5 metrów nurt jest tak silny, że nurek musi brnąć na czworakach trzymając się skraju materaca. W tym czasie robi też zdjęcia, filmuje. Taka robota zajmuje minimum 3 dni. Powstaje z tego protokół, w którym opisujemy ewentualne ubytki, a po przejściu lodów, może dojść do podmycia ochronnego materaca. Ostatnio stwierdziliśmy podmycie skarpy brzegowej. To trzeba uzupełnić. Potem wejdziemy jeszcze raz i wszystko sprawdzimy ponownie.
Andrzej Denis nie chce się wypowiadać o stanie sąsiednich PERN-owskich rur. Tłumaczy to kiepską widocznością pod wodą: - W tym miejscu rzeka naprawdę tak rwie, że nawet z bliska niewiele widać. Wisła wyczynia tam cuda . |
Źródło: http://www.express.bydgos...88079&IdTag=200
Basior - 2008-01-06, 10:26
| xhardcorex napisał/a: | Mirek napisał/a:
Właśnie oglądam relację o wycieku w TVN24 - ani słowa o organizacjach i wolontariuszach , tylko o strażakach!
Dobrze bo nie ma lansu |
Tak jest, niech organizacje siedzą w podziemiu, liczą po 5 członków i jak się coś złego wydarzy niech zbierają na siebie zarzuty, że nic nie robią, gratuluje podejścia Jurku...
wieslawbaginski - 2008-01-21, 00:36
Płynie Wisłą olej - ciąg dalszy:
| Cytat: |
Polsko-ukraiński eksperyment na Wiśle
Jacek Kiełpiński, Piątek, 18 Stycznia 2008
Dwa sorbenty - biały i czarny. Polipropylenowa nasiąkająca olejem tkanina i przetworzony węgiel drzewny z dodatkiem bakterii. Pierwszy po akcji na skażonej Wiśle trafił do spalarni, drugi na dno rzeki.
Akcja ratunkowa po wycieku ropy do Wisły zakończyła się fiaskiem. Zapory sorpcyjne zatrzymały znikomą ilość oleju. Nie wiadomo też, co stanie się z granulkami węgla, zawierającymi trujący olej napędowy, które znalazły się na dnie rzeki / Fot. Adam Zakrzewski
Po grudniowej awarii na Wiśle, gdy z rury Przedsiębiorstwa Eksploatacji Rurociągów Naftowych, położonej na dnie Wisły na wysokości Gąbinka, wydobył się olej opałowy, pozostało nadal wiele pytań. Ale jedno jest szczególnie ważne: co dzieje się z trucizną, którą wchłonął tajemniczy czarny sorbent użyty podczas tej akcji?
Ukraiński „Ekolan”
W czasie jej trwania ani Wydział Zarządzania Kryzysowego Urzędu Wojewódzkiego, ani Wojewódzki Inspektorat Ochrony Środowiska, ani straż pożarna - czyli najważniejsze podmioty zaangażowane w akcję - nie udzielały odpowiedzi na pytania dotyczące właściwości czarnego sorbentu, który zakupiono za pieniądze PERN i wsypywano szuflami do rzeki. Mnożyły się plotki i niedomówienia. A ostatecznie każda z tych instytucji zapewniała, że to nie ona zdecydowała o zastosowaniu akurat tego środka.
Dziś wiemy już chyba dlaczego. Okazuje się, że na Wiśle doszło do pewnego rodzaju eksperymentu. Zastosowano „Ekolan”, sorbent węglowy typu biodestrukcyjnego, środek w Polsce stosunkowo nowy. Jego producent - ukraiński Pharm-Holding Ltd. - uznaje swoje dziecko za prawdziwy przełom w świecie sorbentów, rzecz godną wręcz Nagrody Nobla, zaś konkurencja... za mistyfikację.
Truciznę zebrać czy zatopić
- To taki węgiel drzewny zawierający specjalne, żarłoczne bakterie - tłumaczy bardzo obrazowo Aleksander Siemieniuta, dyrektor firmy Intersorb Poland z siedzibą w Bydgoszczy, która „Ekolan” sprzedaje. - Zasada działania jest taka, że drobinki węgla wchłaniają związki ropopochodne, zamykają je jak w klatce i nigdy już nie wypuszczą. A bakterie zżerają te związki. Ostatecznie w wyniku tego procesu powstaje dwutlenek węgla i woda. Produktem resztkowym biosorbentu jest zaś nieszkodliwy popiół drzewny. A więc naszego sorbentu nie trzeba utylizować, bo ulegnie biodestrukcji.
Aleksander Siemieniuta powołuje się na osiągnięcia „wiodących uczonych Instytutu Sorpcji i Problemów Endoekologii Narodowej Akademii Nauk Ukrainy”. Przyznaje zarazem, że sprzedawany przez niego produkt nie jest tani. No, ale dobre rzeczy tanie przecież być nie mogą.
- „Ekolan” sprzedajemy po 30 zł za kilogram. W przypadku akcji na Wiśle zeszliśmy z ceną do 28 zł, bo zamówiono 5 ton - wspomina Siemieniuta. - Pochłanialność tego preparatu wynosi średnio 1 do 4, czyli jeden kilogram wchłonął, jak sądzę, około 4 litrów oleju.
Reklama
Przedsiębiorstwo Remontowo-Budowlane „KABET” Sp. z o.o. Specjalizuje się w budownictwie obiektów użyteczności publicznej. Firma powstała w 1987r. Posiadamy możliwości techniczno-ekonomiczne do realizacji najpoważniejszych inwestycji. Dewizą firmy jest wzorowa współpraca z naszymi zleceniodawcami.
Zatem zamówiono preparatu do utylizacji 20 ton oleju, a wydobyło się z pękniętej rury, jak wiadomo, od 40 do 90 ton (według różnych danych podawanych przez PERN). - Dlaczego tylko tyle kupiono? To pytanie już nie do mnie - zastrzega dyrektor Intersorb.
Tymczasem ekolodzy z organizacji WWF, którzy oczyszczali zastoiska paliwa na rzece, od razu zrezygnowali z oferowanego im „Ekolanu”. O pomoc poprosili obecną na rynku od piętnastu lat firmę Sintac. Stosuje ona pływające sorbenty polipropylenowe. Co ciekawe, pytany o nie Aleksander Siemieniuta reaguje dość gwałtownie i zapewnia, że zwyczajnie... nie działają.
- A my mamy podobne zdanie o jego produkcie - ripostuje Jarosław Słonawski, dyrektor ds. prewencji firmy Sintac. - W przypadku skażenia na rzece najważniejsze jest utrzymanie zanieczyszczenia na powierzchni. Wałki polipropylenowe, płachty oraz ścierki sorpcyjne pływają nawet nasączone olejem w stosunku 1 do 15 swej wagi. Oczywiście, po akcji muszą być usunięte i przekazane do utylizacji, która polega na spaleniu w specjalnych warunkach. Tak się to robi na świecie. Amerykanie wysyłają ludzi na Księżyc i też stosują te metody, a nie jakieś biosorbenty, które toną, bo to tylko usuwanie problemu z oczu.
- Co z tego, że nasz sorbent po jakimś czasie tonie? - mówi Aleksander Siemieniuta. - Olej rozłoży się na dnie, co za problem?
Dyrektor Intersorb Poland przyznaje, że bakterie „pożerają” olej najchętniej w cieple, a przecież mamy zimę. - To proces będzie trwał dłużej. Bez obaw, olej został uwięziony w węglu jak w szkatułkach - podkreśla.
Poważne wątpliwości ma też Stefania Rogowska z Instytutu Asekuracji, Technik Bezpieczeństwa, Ochrony Zdrowia i Środowiska. - Bez dokładnych badań preparat ten może wywołać więcej szkód niż pożytku. A na marginesie, zatapianie zanieczyszczeń jest niezgodne z wymogami ochrony środowiska - zauważa. Nie mamy pewności, że w takich warunkach, na dnie Wisły, ten preparat działa. Nikt już nie będzie miał nad tym procesem kontroli.
Podobnie patrzy na sprawę Przemysław Nawrocki z WWF Polska: - Uznaliśmy, że lepiej truciznę zebrać niż zatopić, bo tylko ukraiński producent sorbentu zapewnia, że trucizna zostanie rozłożona, a niezależnych opinii nie znamy. Dlatego byliśmy przeciwni użyciu „Ekolanu” na Wiśle.
Aleksander Siemieniuta za koronny argument świadczący na korzyść sprzedawanego przez siebie sorbentu uznaje uhonorowanie go medalem targów POLEKO 2005.
Z przekąsem komentują to zarówno w Sintacu, jak i Instytucie Asekuracji. Przekonują, że to akurat o niczym nie świadczy. Zasugerowano wręcz, że powodem nagrodzenia mogła być... polityka, bo stało się to tuż po pomarańczowej rewolucji, gdy w Polsce szczególnie przychylnie patrzono na wszystko, co pochodzi z Ukrainy.
Bakterie na dnie rzeki
Z niedowierzaniem na „Ekolan” patrzy też profesor Hanna Dahm z Katedry Mikrobiologii UMK w Toruniu: - Producent zapewnia, że preparat zawiera szczepy bakterii Gordonia rubropertinctus i Rhodococcus erythropolis. Są to promieniowce, które mają rzeczywiście zdolności rozkładania węglowodorów. Ale są to organizmy mezofilne, które rozwijają się w temperaturach 25-30 stopni Celsjusza. Stąd moje wątpliwości, co do skuteczności tego preparatu w tym przypadku. Pamiętajmy, że bakterie żyją tylko kilkanaście godzin i muszą mieć odpowiednie warunki (chodzi głównie o temperaturę), w których wykazują aktywność metaboliczną i zdolność do reprodukcji, czyli namnażania. Inaczej będą nieaktywne. Więc działanie tego preparatu na dnie rzeki, gdzie mamy najwyżej kilka stopni Celsjusza, musi budzić poważne wątpliwości.
Porażka
Co się stanie z granulkami węgla zawierającymi trujący olej napędowy na dnie rzeki? Nikt, oczywiście poza sprzedawcą „Ekolanu”, nie potrafił nam na to pytanie odpowiedzieć.
- Ta cała wiślana akcja jest, niestety, porażką nas wszystkich - przyznaje Przemysław Nawrocki z WWF. - Większość wycieku nam uciekła i trafiła do Zatoki Gdańskiej. A czarny sorbent widzieliśmy w wielu miejscach przy brzegach Wisły. Jego granulki poruszane falami zderzają się ze sobą. I ścierają...
|
Źródło:
http://www.express.bydgos...NrArticle=89518
Mathim - 2008-02-13, 15:02
Miałem okazję zapoznać się z opinią inż. Witolda Stanisława Michałowskiego, redaktora naczelnego czasopisma "Rurociągi" oraz prezesa Polskiego Stowarzyszenia Budowniczych Rurociągów, który, jest w tej branży od 40 lat i na bazie swojego doświadczenia w kwestiach rurociągów i związanych z nimi układów geopolitycznych ma prawo formułować własne, niezależne osądy.
Pan Michałowski twierdzi, że najprawdopodobniej uszkodzenia Rurociągu akurat pod dnem Wisły nie należy zrzucać na przypadek czy też jakiś problem techniczny z rurą (takie rury są budowane z gwarancją na 50 lat), tylko na celowe działanie rosyjskich sił specjalnych, dla których taka dywersja to "elementarz". Jak wiadomo Rosjanie mają na terenie Polski poważne interesy i najwyraźniej w takiej formie realizują nacisk (szantaż) na rząd, albo chcą uzyskać określone reakcje strony polskiej. Obecnie jednym z ich celów jest (zdaniem Pana Michałowskiego) np: niedopuszczenie do powstania w Polsce terminalu morskiego na gaz skroplony, który mógłby pomóc w uniezależnieniu się Polski od dostaw z płw. Jamalskiego.
Jarek P - 2008-02-14, 08:05
| Mathim napisał/a: | | (takie rury są budowane z gwarancją na 50 lat) |
Zapewne, ale... w stabilnych warunkach, a nie w warunkach dynamicznej erozji dna dużej rzeki. Nie sądzę, aby ktoś przewidział, że rura będzie znajdzie się w nurcie rzeki.
|
|
|